Wzięłam sobie wolne, aby się ponudzić

W czwartek jeszcze było mi niezręcznie. Bo wiadomo pranie czeka, a kolejne czeka na zebranie, odkurzanie przekładane od kilku dni aż woła. Każda kupka żwiru na ziemi pyta czy ją widzę. Obiad. A później na białym koniu wkroczyły myśli hm fajnie byłoby coś przeczytać. Nie przeczytać? Ok, to chociaż napiszmy coś. Bez pisania? Dobra to może ogarniemy, któryś z oczekujących kursów. Nie musi być jakiś duży, mały webinar o kobiecej energii. I tak wszystkiemu, co znane mówiła po kolei ze spokojem nie. Odmawiałam sztampowych wyborów.

Choć ze mną się ponudzić

Pamietam, jak to było się nudzić. Od wielu lat tego nie doświadczałam, bo w czasach nieustannych bodźców i ogromu możliwości nie ma czasu na nudę. Ciagle jesteś w trakcie czegoś. Mało kiedy jesteśmy po prostu w danej chwili. Pędząc gdzieś już myślimy o kolejnych rzeczach do zrobienia. 

Oprócz zawodowych rzeczy, razem z social mediami pojawiła się nieustanna chęć rozwijania. Codziennie widząc życie setek osób, które odnoszą sukcesy, mają super domy, piękne rzeczy… łatwo wpaść w pułapkę niedoceniania swojego życia. Zawsze można zrobić coś lepiej. Zamiast siedzieć, nauczyć się kolejnej nowej rzeczy. I nawet nie chodzi o umiejętności, jak nauczenie się hiszpańskiego. Raczej chodzi o kolejne czynności, które podglądniemy na Tiktoku, że można robić lepiej. 

I tak wpadamy w pułapkę porównywania się i niekończących się  celów. Kiedy w takiej przestrzeni mamy znaleść czas na nudę? Po to aby nasz mózg nie był w nieustającym pędzie. Ponudzić się. W trakcie wyglądania przez okno, tańczenia z kotami, robienia głupich min i śpiewania odkryć, że to co się robi to te małe czynności, na które normalnie nie znajdujemy czasu. 

Proste dostrzeganie

Długi spacer, witanie się z nieznajomymi pieskami. Rzucanie patykami – why not – i uśmiechanie się do ludzi. Dotykanie każdej zwisającej nad alejką gałązki. Czas na małe zachwyty.  Bo gołąb się kąpie w kałuży, albo sokół krąży nad stawem. Proste dostrzeganie. 

Z rozrzewnieniem wspominam czasy gdy leżałam w na łóżku, był środek lata. Bez planów. Bez telefonów. Bez wielkich ambicji na spędzenie owocnie dnia. Po prostu ćwierkanie ptaków za oknem, wsłuchiwanie się w odgłosy na zewnątrz. Okno było otwarte, więc do pokoju wpadało dużo światła i odgłos szzeleszących liści. Firanka falowała. A ja leżałam i po prostu się nudziłam. Byłam w tym momencie w pełni. Do dziś wracam z ogromnym ciepłem w sercu do tych chwil. 

Później wyszłam na pole – wiadomo jestem z małopolski, więc wychodzę na pole 🙂 – zgarnęłam pomidora z blatu (dla mnie był to substytut jabłka) i szłam po którąś z koleżanek. Nie trzeba było tego umawiać. Na bieżąco wymyślałyśmy co będziemy danego dnia robić. 

Taki dzień dziś dla mnie to po prostu idealnie spędzony czas. W czasach kiedy ludzie zaczynają zakładać apple vision, wstrzepiono pierwszy implant do mózgu, a telefon jest z nami wszędzie. Takie dni są mi jeszcze bardziej potrzebne do zachowania wewnętrznego balansu. Do wsłuchania się w siebie. To czas wyciszenia i wsłuchania się co w duszy gra. 

Wtedy mam szansę być jeszcze bliżej siebie. Odkrywać, co sprawiłoby mi frajdę. Co naprawdę chcę robić. Oddzielić wewnętrzną potrzebę do bycia produktywną od swojego czasu na relaks i ukojenie układu nerwowego. 

Taka myśl – zrobię sama świeczki!

A w piątek nudząc się wyciągnęłam zestaw do robienia świeczek. I przepadłąm w ich robieniu, jak dzieciak, który po wynudzeniu się odkrywa jakąś zabawkę czy grę.  Zrobiłam wraz z asytetntem Terrym i asystenta Popetką 5 świeczek. Co najlepsze robiliśmy je tak na spontanie. I wyszły! Genialnie pachnął i ładnie się palą. 

Mam zamiar praktykować nadal takie dni. Wiadomo życie życiem, ale uczyć się nic nie robienia. Dawanie sobie na to czasu. Okazuje się, że jest to najlepszy kierunek do spędzenia niesamowicie przyjemnego czasu ze sobą. 

Z miłością