Nic nie jest na zawsze… Ten o docenianiu

Wszystko co dziś traktujemy jako pewnik, niezachwiany fundament naszego życia może przestać nim być. A wtedy coś co było nasze może przestać takie być. Dlatego warto doceniać to co jest, to co mamy od zawsze lub od dłuższego czasu. Widzieć to, dostrzegać, tak po prostu doceniać.

Oczywiście ciężko byłoby być wdzięcznym każdego dnia za wodę w kranie, możliwość jazdy samochodem czy chodzenia. Ale warto codziennie wskrzeszać w sobie poczucie wdzięczności za coś, co jest od dawna w naszym życiu. Wdzięczność to piękny krok w kierunku poczucia szczęścia we własnych tu i teraz. 

Wdzięczność to potężne uczucie

Może wydawać się to a abstrakcyjne, ale to działa. Dzięki temu widzimy naszą codzienność inaczej, pełniej. Dostrzegamy w niej, co raz więcej małych wspaniałości. 

Własne doświadczenie uczyło mnie doceniania tego co mam. Pamietam, jak wybuchła wojna na Ukrainie… i czułam wdzięczność za bierzącą wodę, bo myśl, że ktoś z dnia na dzień stracił ten przywilej porażała. 

Lata temu gdy każdy dzień wiązałam z bólem. Dosłownym, fizycznym mocnym bólem. Gdy lekarze mówili, że muszę nauczyć się z nim żyć. Wyjście na spacer było wyzwaniem. Czułam każdy krok.

Pamietam, jak raz nad rzeką doszło do mnie, że straciłam jakąś cząstkę, którą kiedyś brałam za pewniak. Myślałam, że wtedy gdy mogłam się normalnie ruszać, bez bólu, to nie doceniałam tego, ba szukałam innych bolączek – jakby sama kierowałam myśli w kierunku tego co ciężkie. 

Zmiana perspektywy

Wtedy nad rzeką coś mocno we mnie przeskoczyło. Pomyślałam, że może kiedyś miejsce w którym jestem dziś będę wspominać z rozrzewnieniem. Zmieniłam perspektywę. Ból nie zniknął, ale ja zaczęłam cieszyć się z wszystkiego co jestem w stanie robić. To mocno przestawiło moje trybiki myślowe.

Ból jeszcze przez jakiś czas był moim drugim imieniem. Ewoluował. Czułam się, jak staruszka, a byłam przed trzydziestką. Zaczęłam rozważać poważną operacje, wszystko aby móc wrócić do schylania się, do bezbolesnego korzystania z toalety, do podskoków, tuptania, siedzenia przy stole (normalnie, a nie w dziwnych pozycjach) i podnoszenia zakupów. Tak, nawet do takich prozaicznych czynności tęskniłam. 

Powoli wiele rzeczy zaczęło się zmieniać, a tak naprawdę ja zaczęłam się zmieniać, a może bardziej rozwijać i poznawać swoje prawdzie JA. Rzeczy, które były bliskie mojej duszy, ale wydawały mi się kiedyś zupełnie niepowiązanym, zaczęły łączyć się w całość. Moja nauka slow life, którą rozpoczęłam ponad 9 lat temu, powiązała się z rozwojem duchowym, czytaniem o psychosomatyce, z terapią…

I tak dziś żyje niemal bez bólu. Mogę robić niemal wszystko. Mało rzeczy sprawia mi fizyczny ból, jak kiedyś. I doceniam to każdego dnia!

To było moje dojście do nauki poczucia wdzięczności i zadowolenia z życia tu i teraz – takie mocne hard way…

Z miłością ✨